W niedzielę miałam okazję jechać pociągiem, po raz pierwszy od bardzo dawna. Trasa nie była długa nieco ponad dwie godziny. Pociąg Pendolino, więc nie będę ukrywać na swój sposób bardzo wygodny, a porównując do dawnych zawszonych i klekoczących wagonów wręcz luksusowy.

Jako, że podróż odbyła się w godzinach popołudniowych, wśród pasażerów był cały przegląd ludzi. Zaczynając od eleganckich staruszków, studentów aż po rodziny z dziećmi. Ot niedzielna wycieczka, sielanka.

Nasz spokój jednak dość szybko zmąciło płaczące i marudzące dziecko. Ciągle coś krzyczało, ale trudno było je zrozumieć. Choć każdy zajął się swoimi sprawami, nie wszyscy zaopatrzyli się w słuchawki na uszy, a płacz stawał się uciążliwy. Nawet mi, jako matce, przemknęło przez myśl kilka nieprzychylnych uwag pod adresem rodziców, którzy nie mogli uspokoić tego wrzeszczącego dzieciaka. Serio, zastanawiałam się czy tak będzie całą drogę.

Szybko jednak znalazła się osoba, która myśli większości pasażerów dość głośno wyraziła, krzycząc na cały przedział „Cisza!!!!”. Byłam zaskoczona, może lekko zdziwiona, ale ucieszona gdyż po chwili dziecko zamilkło. Można było oderwać myśli od płaczu i zająć się własnymi sprawami. To była duża ulga. Choć przez moment zastanowiłam się jak ja czułabym się na miejscu tych rodziców. Przecież nie raz, nie dwa Nadia miewała gorsze dni a uspokojenie jej zajmowało lata świetlne. Ten moment jednak trwał sekundę a ja z uśmiechem zatopiłam się w lekturze książki.

Ciąża daje się mi nieco we znaki, nie potrafię usiedzieć godziny bez skorzystania z toalety. Nie mogło być inaczej również tym razem. Musiałam zwiedzić wspaniałe WC w pociągu. Zaraz po wyjściu z przedziału zauważyłam wózek, był odwrócony do mnie tyłem. Już z daleka słychać było kwilenie, postękiwanie i pokrzykiwanie dziecka. To właśnie ono zakłócało idealny spokój wszystkim pasażerom. Obok niego stał zapewne tata i próbował je uspokoić. To była śliczna dziewczynka, na oko dałabym jej z 1,5 roku. Gdy na mnie spojrzała słodko się uśmiechnęła, a ja poczułam się jakby mnie ktoś kopnął w żołądek. Malutka była chora, od razu widać były mongolskie zarysy wskazujące na zespół Downa.

Zrobiło mi się strasznie wstyd. Tej ulgi, którą odczułam, gdy wyszła z przedziału. Tych myśli o rodzicach, którzy nie potrafią uspokoić dziecka. Do tej pory czuję wyrzuty sumienia i jest mi po prostu głupio.

I przez myśl przechodzi mi pytanie – gdzie się podziała nasza empatia?

Czyżbyśmy wyrzucili ją z przedziału, by koło ubikacji mogła wylewać swoje żale, tak by nie przeszkadzać nam w życiu?