Są takie chwile, że wszystko wydaje się nieważne. Miły wieczór, wspólna zabawa i on, malutki koralik walający się po dywanie. Zostawiony gdzieś przez niedopatrzenie, schowany przed ciekawskim okiem dumnego rodzica.

Chwila, szum wody w czajniku, kolejna kawa. Nagle głos dziecka dobiegającego z pokoju, „zobacz, co mam, zobacz!” Na spokojnie, zalewam kawę, z pełnym uśmiechem idę, nawet nie myśląc, co ona tam znów wymyśliła.

Dziecko zadowolone ze swego odważnego czynu, pokazuje efekt nowej, ciekawej zabawy. Malutki koralik, taki zwyczajny żółty, niepozorny a zmienia pogląd na tysiąc spraw. Dziecko wskazuje na nosek, „zobacz, co ja mam!” – Woła i znów anielsko się uśmiecha. Nawet przez chwilę widzę ten koralik, żółty, z dziurką jednak szybko gdzieś znika. Tysiąc myśli, brak słów.

Szybko kluczyki, polar, samochód, torba i w drogę, gdzie do diabla jechać. Kierunek szpital, bo nie zostaje nic innego. Droga dłuży się niemiłosiernie. Z tyłu nieświadome dziecię woła, że chce na plac zabaw. „Pojedziemy kochanie” – odpowiada siedząca obok niego ciocia, pojedziemy. A ja matka, głupia matka, jadę. Poziom stresu nieskończony, papieros za papierosem, gdzie jest ten szpital. Jeden szybki telefon, słowa rzucone „tak, przyjedź szybko”.

Mała zasypia w samochodzie. W końcu 35 minut jazdy, która niczym doba dla serca matki. Pod szpitalem czeka mąż. Jak dobrze, że w takich chwilach wystarczy jedno spojrzenie. Tysiąc myśli, brak słów.

Rejestracja, miła Pani, szybki wywiad. Nadusia pobudka. Otwiera oczka, wystarczy jednak, że zobaczy lekarza wpada w szał, wierzga, płacze. Boże, skąd ta nagła niechęć do lekarza? Nigdy tak nie było. Wchodzimy. Już od drzwi słyszę – „to Pani nie wie, że dzieci nie mogą bawić się takimi rzeczami?” „Gdzie Pani była?”, „To nieostrożne i nieodpowiedzialne”. Matka buduje wokół siebie mur. Wiem, że wystarczy jedna łza, a małej nie uspokoję. Tłumaczę spokojnie, bez emocji. Wie Pan, Mały żółty koralik. Lewa dziurka noska. Nie, nie wiem czy nie wypadł. W odpowiedzi słyszę „niech ją Pani trzyma mocno. Nogi między kolana. Ręce mocno. Pan niech trzyma głowę”. Płacz i krzyk nie do wytrzymania. Nogi wierzgają, mała się wyrywa. Serce po raz kolejny pęka na milion kawałków. Moja wina, moja wina, moja wina…

Skończył. Nic nie znalazł. „Krztusiła się lub dusiła?” – pyta. Odpowiadam nie, tuląc ją całym ciałem, by choć na chwilę się uspokoiła. Pan DOKTOR notuje – według matki się nie dusiła. Patrzy na mnie, widzi moje trzęsące się na rękach dziecko. „Widzi Pani do czego prowadzi niedopilnowanie córki?”

Mam ochotę mu strzelić w twarz, nie mogę. Ręce mam zajęte obejmowaniem córki ze wszystkich sił. Posyłam jej miłość. Nie mogę. Tysiąc myśli, brak słów.

W końcu się udało, wygrzebałam gdzieś z dna torby schowanego lizaka. Takiego na czarną godzinę. Uspokaja się, zadowolona z małego rarytasu. Lekarz patrzy, komentuje, umoralnia. Prawię słyszę jak myśli – „Co to a głupia matka, nie dopilnowała…”. W końcu mówi „niech Pani tu usiądzie sprawdzimy jeszcze raz”. Boże! Trzymam mocno. Przytulam, śpiewam jej do ucha już przez łzy. Krzyk, straszny krzyk. Serce pęka, łzy ciekną ciurkiem po twarzy. Najdłuższe minuty na świecie.

Skończył. Nic nie znalazł. Patrzy na mnie i mówi, niech już Pani stąd wyjdzie i zabierze TO dziecko. Mąż został w środku.

Zapłakana biedna malutka i taka bezbronna. Noszę na rękach, całuję. Kochanie już ciii, już koniec. Powolutku, przestaje płakać. Siada na kolanach, cała mokra, trzęsie się na rękach. Z jednej z dziurek płynie delikatna smużka krwi. Z prawej dziurki. Sprawdził obie.

KORALIK SZPITAL 2

Powrót do domu, już spokojny. Bez płaczu, ale i bez uśmiechu. Cały wieczór przytulanek, bliskości i bezgranicznej miłości. Dziecię cały czas niespokojne. Długa noc przed nami.

Teraz już w końcu śpi. Oddycha jak zawsze. Jednak trzeba obserwować – krztuszenie, duszności oznacza jazdę na sygnale w to samo miejsce. Modlę się, byśmy nie musiały tam wracać.

Chyba tylko jeden Pan Bóg wie, gdzie on teraz jest. Mały, żółty koralik z małą dziurką, a tyle zmienił.

Tysiąc myśli, brak słów.