Zauważyłam, że tak na serio od dość dawna mimo kataru, kaszlu, gorączki i innych dolegliwości – nigdy nie byłam chora. Nawet dzisiaj gdy idę do lekarza bo zdycham – chora nie jestem. Przy dziecku nie ma chorowania.

 

Za górami, za lasami, kiedyś tam – byłam dumną, żywotną, bezdzietną panienką – która często łapała każdą zarazę. Raz na dwa miesiące antybiotyki, to był taki standard. Przy antybiotykach większość rekonwalescencji chorobowej spędzałam w łóżku. Oglądając filmy, czytając lub śpiąc w najlepsze. Mamusia gotowała mi rosołek i przynosiła leki, a Narzeczony dbał bym miała świeżą prasę, gorące kakao i o to żeby nie leżał koło mnie stos zasmarkanych chusteczek. To były czasy 🙂 Tak jak pomyślę o tym teraz, miałam dobrze jak u Pana Boga za piecem. Byłam taką chorą Księżniczką. Ot co – Pączek w Maśle.

 

Odkąd urodziła się Malutka świat obrócił się do góry nogami. Już nie mogę być chora – przecież nie zostawię dziecka, żeby zajęło się samo sobą – ma 6 miesięcy. Przecież Mąż nie weźmie wolnego / chorobowego bo ja przecież jestem w domu. Mimo, iż po porodzie dolega mi znacznie więcej niż kiedyś – nie mam czasu na wylegiwanie się w łóżku. Rwa kulszowa, bóle brzucha, migrena – to tylko nazwy.

 

Mimo tego wiecie co, ja nie choruje! Ja nie jestem (nie mogę być) chora!

Już wyprałam, posprzątałam i lecę robić obiad – będą gofry 🙂 – niezdrowo – dziś mam to w nosie. Na to mam ochotę i to jedyna rzecz która w asyście bitej śmietany przejdzie przez me opuchnięte gardło. Dla Małej mam zapas słoiczków, na takie „awaryjne” sytuacje.

Nie leżę i nie wypoczywam jak kiedyś, ale na tą chorobę jestem wściekła tylko z jednego powodu bo nie mogę mego Dzieciątka wyprzytulać i wycałować jak zawsze…