Im częściej spotykam się z innymi mamami i ich dziećmi tym bardziej zastanawiam się skąd one mają pewnego rodzaju czarodziejską wiedzę. Widzę ich szkraby często umęczone, z gilem do pasa, kaszlące, charczące ewidentnie jak dla mnie chore. Słyszę jednak „coś Ty on/ona już jest prawie zdrowa/zdrowy, już nie zaraża”.

Skąd to się wie? Czy dziecko po wybraniu tryliarda leków, ale nadal kaszląco – smarkające wyrobiło już limit zarażeń innych dzieciaków? To na serio jakaś dziwna wiedza, której mnie nikt jeszcze nie przekazał.

Nie cierpię, gdy Nadia choruje. Jednak do wyjątków się nie zaliczam, chyba żaden rodzin nie lubi stanu zachorowań i wcale nie ze względu na ubytki w portfelu (choć to też). Jest nam źle, że mimo wielkich chęci często nie możemy zrobić nic by poprawić samopoczucie naszego Skarba. Dwa – trzy dni po zachorowaniu są zazwyczaj najgorsze. Maluch słania się na nogach, dużo śpi, nie ma siły oraz zazwyczaj jest strasznie marudny. Ja osobiście chodzę w kółko, by choć na moment wywołać uśmiech, by zająć czymś ciekawym małego chorowitka.

Nie ma, więc nic dziwnego, że myśl o tym, że moje dziecko, zupełnie niewinne przez tą czarodziejską wiedzę ma być chore doprowadza mnie do szewskiej pasji. A niestety już nie raz się tak zdarzyło.

Po co więc gadanie, że już nie zaraża? Tego nie da się sprawdzić. Tego nie da się przewidzieć. Jeśli maluch kaszle, sapie i ma katar, może lepiej unikać kontaktu z innymi dziećmi. Ja tak robię. Nie chcę narażać innych, bo po co? Szkoda mi dzieci i rodziców w sumie też. Chciałabym, by większość ludzi szła tym torem myślenia. Dręczą mnie myśli o przedszkolu, gdzie strasznie naiwni rodzice puszczają chore dzieci. Gdzie grypa i przeziębienie, to normalka raz w miesiącu. Od września puszczę tam Nadię… A tych bezmyślnych rodziców idiotów, chyba powystrzelam jak kaczki.