Był czas kiedy mi prała mamusia – wiecie jak ja za tym tęsknię? Teraz łatwo nie ma – trzeba wyprać swoje, Mężulka i córci. Ubrania jednak mają swoje kaprysy, niektóre trzeba prać ręcznie, inne w niższej lub wyższej temperaturze a jeszcze inne po prostu farbują. Powiem od razu nie będę ukrywać od zawsze byłam leniem i jak myślę że miałabym każdą koszulkę która farbuje prać oddzielnie ręcznie – a mam takich gałganków sporo – to by mnie szlag trafił jak nic.

Zdradzę wam moje sprawdzone sposoby na ciuszki „które puszczają bąki”:

  1. Ocet – kuracja tańsza aczkolwiek bardziej śmierdząca – litr letniej wody i litr octu, namaczamy, wyciskamy i pierzemy aż wstrętny smrodek zniknie – nagle barwnik z ubrania się utlenia i już nie koloruje sąsiadów,
  2. Chusteczki wyłapujące kolor – ja używam Domol – można je kupić w Rossmannie. Koszt to około 6zł. Wrzucamy mix kolorów do pralnicy wkład pełny do tego 1-2 ukochane chusteczki i pranie nawet odrobinę nie zmienia koloru. Natomiast chusteczki zbierają wszystkie barwniki dodatkowe. Odkąd je poznałam moje lenistwo je uwielbia, szczególnie gdy kupuje coś nowego i nie wiem czy nie upapra wszystkiego dookoła, dodaje je prawie do każdego prania. Wręcz zdarzyło mi się uprać ubrania czerwone z białymi (czerwona koszulka Męża była dobrze zawinięta w jego jasną bluzę) i to cudo uratowało mi tyłek. To mój kolejny zdecydowany HIT.
Słyszałam także o sposobach sprania barwnika – ale jakoś pranie po 10 razy by zahartować ciucha to dla mnie marnotrawstwo i wody i prądu – o mych biednych dłoniach nie wspominając.
A wy macie jakieś lepsze sposoby, a może te same?(źródło zdjęcia z praniem TU)

Pozdrawiam, Mama bloguje