Kiedyś sobie obiecałam, że nie będę wylewać żalów na blogu. Posty miały być wesołe, pomocne i przydatne. Jednak wszędzie zdarzają się lepsze i gorsze momenty. Każdego dnia, każdą z nas spotykają takie chwilę, kiedy ma ochotę zwątpić we wszystko, w co wierzymy. Ja ostatnio mam kilka gorszych dni. Tak, u mnie też nie jest pudrowo – słodko, jestem człowiekiem jak każdy.

Pisałam już Wam o tym, że ten obecny rok raczej nie należy do moich najlepszych. Kolejno miesiąc po miesiącu, składały się na siebie wydarzenia, które spowodowały niejedną łzę na moim policzku. Najgorszy był maj, kiedy straciłam skarb, który nosiłam pod sercem. Ta ukochana istota miała na imię Jagódka. Wybraliśmy to imię razem z mężem, bo była właśnie taka maleńka. Od tego wszystko się zaczęło, ale niestety się nie skończyło. Niecałe trzy tygodnie później zmarła moja babcia. Pocieszam się myślą, że może Bóg poprosił ją do siebie, by opiekowała się moją nienarodzoną córeczką. Razem może im tam lepiej?

Te dwa smutne wydarzenia rozpoczęły w moim życiu kłopoty ze zdrowiem. Ciągle bóle czegoś, najgorzej z kręgosłupem. Każdy poranek okupiony bólem wstawania. Czułam się jak siedemdziesięciolatka. A przecież trzeba czasem i dziecko podnieść, i porobić coś w domu, posprzątać, ugotować. Tabletka, za tabletką. Któraś w końcu przecież musi pomóc. Chyba, nie może wiecznie boleć?

Badania, za badaniami. Czasami wydawało mi się, że to może moja psychika tak siadła, że ten ból to wcale nie w plecach, a w głowie się umieścił. Może sama na siebie go sprowadziłam, nie potrafiąc pogodzić się z życiem. W końcu tomografia, okazało się jednak, że chyba ten ból to prawdziwy. Ot, takie uwypukliny w dolnych kręgach kręgosłupa. Czytam sama opis zdjęcia, zwężenie ujść kanału nerwowo – rdzeniowego. Niewielkie, bo co to może być 6 mm?

Lekarz, za lekarzem. W końcu fizjoterapeuta. „To ja pani dam skierowanie do neurochirurga” – mówi. Uśmiecham się nieśmiało, by zapytać, po co? Pani z równie lekkim uśmiechem – „to tylko operacyjne” – odpowiada. A ja zaczynam śpiewkę, że jak, że nie mogę, że ja chcę ciążę, dziecko mieć drugie… Po krótkiej rozmowie dowiaduję się, że jedno już mam, to przecież z drugim mogę poczekać ze dwa lata. Zresztą ponoć operacja nie oznacza, że boleć przestanie. Myślę. To, po co mi ona? Może pomoże…

Tylko czy ja za dwa lata, z moją ciężką wagą, dam radę urodzić?, Ba czy dam radę zajść w ciąże? Tego mi nikt nie zagwarantuje. Już wiem, nie potrzebuje tego skierowania. Kręgosłup musi poczekać. W zamian póki co, są zabiegi – ultradźwięki, laser, masaże. Ból raczej nie ustaje. Nie jest jednolity. Czasami boli tak, że kuleję na jedną nogę, a czasami mam wrażenie, że mogłabym sama przenosić góry. Oszczędzać się trzeba i już.

Jednak na tych badaniach się nie skończyło. Za nimi przyszły kolejne. Cukier wysoki, glikemia za wysoka. Miałam cukrzycę ciążową. Wiedziałam od razu. Nie potrzebowałam żadnych wizyt u lekarza, by znać diagnozę. Wszystko przeleciało przed oczami, kłucie, igły, insulina. Niestety pojawiła się. Powtarzam diabetologowi swą śpiewkę… ciąża, dziecko, ciąża. „Proszę Pani trzeba poczekać, cukry unormować”. Dieta, tabletki, określone pory posiłków, ruch. Znów to samo. „Unormujemy, to przejdzie Pani na insulinę”. Sama siebie pytam, kiedy? Zastanawiam się jak nie jeść czekolady? Jak uniknąć wszystkich słodkich pokus? Jak żyć? Teraz wiem, że to się nie skończy po kolejnej ciąży, już tak zostanie do końca… Gorzki smak cukrzycy.

Jednak to nie wszystko. Znacie pojęcie wyższej konieczności? Mój mąż słyszy je ostatnio, co raz częściej w pracy. Wszystko ma być zrobione na wczoraj. Część pracowników odeszła, bo ile można harować? Od poniedziałku do piątku dziesięć godzin minimum, sobota to chociaż osiem. Jednak to za mało. Wyższa konieczność jest. Niedziela też pracująca. I tak nie ma go siedem dni w tygodniu. W dzisiejszej Polsce, nikogo nie interesuje kodeks pracy. Może tylko pracownika, który ma rodzinę i wi, że pieniądze to nie wszystko. Wieczorami wraca zmęczony, znajduje chwilę by zająć się Nadusią, później drugą chwilę by kontynuować remont naszego mieszkania. Później pada, bo przecież o 5.30 trzeba wstać i tak mija dzień za dniem – w końcu wyższa konieczność jest. Na zmianę pracy, na razie nas nie stać. Skoro ja na chorobowym, ktoś musi pracować, prawda?

Czasami sobie myślę, że może stało się lepiej. Nie wiem czy dałabym radę sama, z dwójką dzieci i tymi wszystkimi rzeczami, które się przyplątały. Wiem, że tak musiało się stać. Kiedyś i ja dołączę do mojej Jagódki, jednak teraz muszę być tu. Dla Nadusi, dla siebie i dla wyższej konieczności.

Od jakiegoś czasu czułam potrzebę napisania wam o tym, bo każdy post, który zaczęłam w ostatnim czasie – szybko trafiał do ikonki kosza na pulpicie. Głowę mam ciężką, nic nie wychodzi. Wiem, że przyjdą lepsze dni. Tylko ja nie mogę się ich już doczekać. W każdego nie zawsze jest kolorowo…

Wiem, że czytacie. Zostawcie po sobie ślad – wiecie wyższa konieczność jest 😉