Wychowałam się w rodzinie, która duży nacisk kładła na wiarę. Mając 6 lat bez problemu recytowałam „Dziesięć przykazań”, pacierz i wiele innych modlitw. Nikt nie zmuszał mnie do tego bym wierzyła, wszystko było naturalne. Sama zadecydowałam o uczęszczaniu na religię, sama z własnych chęci brałam udział w przykościelnej scholii. Coniedzielne wizyty w kościele, próby plus wszystkie święta. Bywało, że jako nastolatka więcej wolnego czasu spędzałam w kościele niż gdziekolwiek indziej. Lubiłam to, wręcz kochałam.

Jednak z roku na rok, zaczęłam rozumieć coraz więcej. Zadawać sobie pytania, na które nie mogłam znaleźć odpowiedzi. Widziałam rzeczy i sytuacje, które od kościoła mnie odsuwały. Moja wiara w Boga nie zniknęła, nie wyparowała, jednak przestałam wierzyć w kościół.

To wszystko przez mój wewnętrzny bunt. To on budzi się we mnie, gdy słyszę pewne rzeczy. Jakie? Takie normalne w naszym świecie.

Zacznijmy od antykoncepcji, która przecież w kościołach jest złem, a jej stosowanie grzechem. Nie raz wdałam się w głupie dysputy z księdzem, no, bo jak można zaufać w pełni kalendarzykowi małżeńskiemu? No, niestety nie można. Chyba, że jesteśmy abstynentami seksualnymi albo chcemy mieć na starość własną drużynę piłkarską.

Kolejna rzecz to seks przedmałżeński, też zakazany. OK! Potrafię to zrozumieć, choć jakoś dużo bardziej przekonują mnie jednak argumenty za. Małżeństwo nie jest dla każdego. Seks nie jest dobrą przyczyną by się z kimś związać.

Skoro już o małżeństwie mowa, to rozwody przecież też są złe. Facet może tłuc kobietę 20 lat, aż jej nie zabije, ale rozwód jest grzechem… Więc poświęcaj się, no cóż. Raz się nie udało to drugi raz już życia sobie ułożyć nie możesz, bo albo cudzołóstwo albo seks „bez” małżeński, w końcu drugiego kościelnego ślubu po rozwodzie nikt Ci nie udzieli.

Najgorszą jednak kwestią jest zakazywanie in vitro. Uważam to za największą głupotę wszechczasów. Serio. Jak można zakazywać ludziom posiadać własnych dzieci, gdy jest to dla nich ostatnia deska rachunku. Ja wiem, że są adopcje. Jednak nie każdy potrafi się z nimi pogodzić. Trzeba spełnić 3000 warunków, by adoptować dziecko. Jak kościół może zabraniać tak podstawowego prawa? To trochę jak palenie na stosie czarownic…

Takich moich własnych niezgodności z głosem kościoła jest coraz więcej. Denerwuję się, gdy ksiądz sugeruje z ambony, na kogo powinno się głosować i wtrąca się w politykę. Drażni mnie koloratka, która odmawia pochowania zmarłego na cmentarzu, ponieważ nie kojarzy żeby owa osoba chodziła na msze. A już zupełnie wyprowadza mnie z równowagi fakt, że bez minimum 800zł ksiądz potrafi odmówić tej ostatniej posługi lub chrztu. Nie oszukujmy się dla niektórych jest to olbrzymi wydatek…

Nie w takiej wierze zostałam wychowana. Chyba nawet nie chcę, by tacy ludzie rozwijali wiarę moich dzieci na lekcjach religii w przyszłości. Nie wyobrażam sobie tego, czego jeszcze zabroni kościół, bo w końcu i teraz Hello Kitty i inne Pokemony to wymysły szatana.

Tak właśnie przez takie rzeczy stoję obok kościoła. Wierzę w Boga, ale w kościół nie. Wolę żyć obok…